Envy przyglądał się Hate z lekkim zdziwieniem. Nie wiedział, jak ma zareagować na te słowa, ale zrozumiał, że ona czuje to samo. Że może poświęcić jej każdą następną sekundę życia.
Zielonowłosy przytulił ją do siebie z całej siły i pocałował. Poczuł ciepły, metaliczny smak krwi w ustach.
-Envy… Bądź ze mną… Zawsze…- zaczęła szeptać coraz ciszej.
-Co się z tobą dzieje? Tylko mi nie mów, że mnie zostawisz!- krzyknął chłopak. Spostrzegł, że z ust Hate wydobywa się krew.
-Gdy to zrobiliśmy… Przebiłeś starą ranę… Krew pewnie wylała się do środka… Przepraszam… Nie powiedziałam ci…- nie dokończyła, gdyż Envy przerwał jej pocałunkiem.
-Nie przemęczaj się. Spokojnie. Znam się na tym. Na pewno sobie poradzę. Wszystko zszyję, a ty będziesz mogła normalnie funkcjonować.- pocieszał Hate i przygotowywał do zabiegu. Ręce trzęsły się chłopakowi niemiłosiernie, ale skupił się, jak tylko mógł. Naszykował sobie nóż, igłę i nić. Zdezynfekował jej skórę i zaczął rozcinać. Dziewczyna syknęła.
-Spokojnie. Nie mam jak cię uśpić, bądź znieczulić, więc musisz wytrzymać.- wytłumaczył Envy, ocierając sobie krople potu z czoła. Gdy otworzył dół brzucha drugiego Homunculusa, wypłynęło z niego mnóstwo krwi. Chłopak od razu zauważył pęknięte naczynia. Błyskawicznie oczyścił ranę, zszył naczynia i ponownie oczyścił rozcięcie. Następnie wszystko zaszył i znowu obmył środkiem odkażającym. Po skończonej pracy padł obok Hate i zasnął ze zmęczenia.
Gdy się obudził, znajdował się w tej samej pozycji. Był zbyt wyczerpany, by ruszyć się choćby o milimetr. Zerknął w bok i zobaczył dziewczynę. Spała spokojnie, lekko się uśmiechając. Mimo bladej cery. Envy wiedział, że wszystko jest w miarę dobrze.
Gdy otworzyła oczy, fioletowe błyski owładnęły umysłem chłopaka. Wyglądała wyjątkowo żywo, jak nigdy wcześniej. Jakby prawdziwa Alice wrócił nie tylko w postaci wspomnień.
-Envy… Jak się spało? Widzę, że jesteś przemęczony. Mogę coś dla ciebie zrobić?- Hate zadawała pospiesznie pytania, dotykając bladej twarzy Zawiści. Jej ruchy były niezdecydowane, dłonie trzęsły się jakby z zimna.
-Uspokój się. Musisz dużo odpoczywać.- Zielonowłosy uśmiechnął się blado i ponownie spojrzał w ametystowe oczy. Źrenice dziewczyny zmniejszyły się do wielkości główki od szpilki. Z kącika ust wypływała strużka śliny, a całym ciałem wstrząsały konwulsje. Envy przytulił Nienawiść z całej siły, aby ją choć trochę uspokoić.
-Hate, spokojnie. O co chodzi? Brałaś coś?- spytał Zazdrość, ale pewna myśl przeszła mu przez głowę. Objawy wskazywały na niepożądaną reakcję na substancję odkażającą.
-I co ja mogę teraz zrobić…- Zielonowłosy zaczął wpadać w panikę. Nie miał żadnych leków, które mogłyby w jakikolwiek sposób zmienić stan Hate. Zdecydował się czekać.
-Envy, pomóż mi… Ja nie chcę tak żyć… Pomocy…- zaczęła jęczeć i popiskiwać. Chłopak zostawił dziewczynę w pokoju i wyszedł do kuchni. Oparł się o blat i uśmiechnął smętnie. Nagle usłyszał ciche stulanie w okno. Za szybą ujrzał małego chłopca z długimi, czarnymi włosami.
Przepraszam, że nota krótka, ale naprawdę nie mam czasu. Z resztą ostatnio wolę rysować, możecie przy okazji wpaść na Mójego DeviantArta. Ostrzegam! Notka od lat 18! Troszkę erotyzmu nie zaszkodzi, nie?
Postój w tym domu nie był dla Envy’ego wielką frajdą. Miał ochotę odwalić robotę i wrócić do domu, trochę poleniuchować. Czemu by nie? Jemu w końcu też należy się coś od życia.
Już po pierwszych minutach spędzonych w cichym, ciemnym pokoju wypełnionym chłodem i nieprzyjemnym zapachem zgnilizny, coś mu nie pasowało. Klimat był w porządku, ale… Atmosfera. Czuło się, że powietrze jest przesiąknięte śmiercią, samotnością. A ostatnio nie przypadało mu to do gustu. Coraz bardziej miał ochotę zbliżyć się do Hate. W jakikolwiek sposób.
Minęło kilka godzin od ich przybycia. Envy od początku nie wyszedł z zimnego pokoju. Ale przekonał się, że jest to jedne z najnudniejszych zajęć dostępnych w tym domu, więc wyszedł poszukać Nienawiści. Zapukał do jej pokoju, ale odpowiedziała mu cisza. Nacisnął na klamkę, a drzwi z cichym skrzypnięciem otworzyły się.
Na łóżku, tuż przy oknie leżała odwrócona do niego tyłem dziewczyna. Dłoń miała włożoną pomiędzy nogi, a z jej gardła wydobywały się ciche pojękiwania. Przez cały ten czas znajdująca się w kroczu dłoń nie przestawała się poruszać w zawrotnym tempie.
Envy podszedł do niej cicho i powiedział:
-Tak właśnie szukasz włóczni Longinusa? Ciekawy sposób. Może sam spróbuję?- Poczuł, jak w spodniach robi mu się ciasno. Nie zwracał uwagi na zszokowaną i zawstydzoną dziewczynę. Rozpiął rozporek i zdjął cały dół swojego ubrania. Hate zdjęła spódnicę i rozszerzyła lekko nogi. Zawiść nie wahał się. Wbił się w nią z zamachem, aż zapiszczała z bólu. Od razu przerwał błonę i zaczął wbijać się do samego końca z charakterystycznym mlaśnięciem. Dziewczyna była w siódmym niebie, nie mówiąc już o Envym, który z każdym pchnięciem zbliżał się szczytu. Ale to nadeszło zbyt wcześnie. W jeden chwili gorąca maź znalazła się w rozgrzanym do czerwoności, wilgotnym środku dziewczyny. Wyjął przyrodzie i wytarł w prześcieradło. Położył się obok Hate i zaczął spoglądać na sufit próbując ochłonąć. Jego serce waliło jak oszalałe. Z każdą sekundą czuł się coraz bardziej szczęśliwy, nawet nie wiedział, czemu. Dopiero po chwili zorientował się, że Nienawiść nie wygląda najlepiej. Zrobiła się strasznie blada, błyszczące oczy zaszły matową mgłą. Oddychała szybko i płytko. Była rozpalona, miała gorące czoło, bynajmniej nie z podniecenia.
-Złapałaś coś?- Spytał Envy rozbierając całkowicie dziewczynę i niosąc ją do łazienki. Napuścił do wanny ciepłej wody i włożył powoli doń omdlewające ciało Homunculusa. Woda zakryła ją po szyję, lecz Zawiść musiał trzymać delikatnie jej głowę nad spokojną taflą, aby się nie utopiła. Delikatnie zaczął namydlać jej ciało. Potem opłukał i wytarł ją do sucha. Ubrał w zapasowe ciuchy, których tak bardzo nie chciał brać i zaniósł do pokoju.
-Wiesz, powinniśmy wrócić. Dante by się Tobą zaopiekowała.- Ale ametystowe, stanowcze oczy mu przerwały. Alice złapała go za dłoń i wyszeptała:
-TY się mną zajmij.
-Ty idioto! Uprałeś moją bieliznę ze swoją?!
-A co to za różnica? Moja bielizna ma takie same uprawnienia jak Twoja!
-Jesteś obleśny!
-Zamknij się!
-Sam się zamknij!
-Obydwoje się zamknijcie!
Tak wyglądał każdy dzień z życia Hate i Envy’ego. Codzienne kłótnie, walki o pierwszeństwo praktycznie w każdej dziedzinie. Ich życie stało się dość monotonne przez te kłótnie. Każda sekunda, minuta, godzina, każdy dzień, tydzień, miesiąc niczym się nie różnił.
Minęło już 95 dni, odkąd Envy przyniósł dziewczynę do domu Dante. Nie wiedział, czemu, ale miło wspominał ten moment…
„-Nienawidzę cię… Nienawidzę cię… Nienawidzę cię… Nienawidzę cię… Nienawidzę cię…-Mruczała pod nosem Alice ściskając chłopaka mocno za koszulkę.
-Wiem o tym. Mówisz mi o tym przez całą drogę- Envy odpowiedział ze zwykłą dla niego ironią. Niesienie dziewczyny sprawiało mu nieziemską przyjemność. Ciepło jej skóry, zapach włosów pobudzały jego zmysły. Czuł, że zrobiło mu się ciepło w klatce piersiowej. Dawno tego nie czuł. To było takie przyjemnie podniecające uczucie.
-Jesteś bezczelny! I za to też Cię nienawidzę!- Envy szczerzył się tylko udając, że nie słyszy gróźb i wyzwisk Hate. Hate… To imię do niej nie pasowało. Ona nigdy nie potrafiła nienawidzić.
-Ale wiesz… Jesteś bardzo ciepły… Tam nie było tak ciepło… Tam nie czuło się nic, oprócz paraliżującego chłodu…- Przymrużyła oczy i wtuliła się w niego. Zawiść zdziwił się, widząc Alice w tak bezradnym stanie. Pogłaskał ją delikatnie po włosach i przyśpieszył kroku. PO dobrej chwili dotarł, a dziewczyna spała już w jego ramionach.
Dante, na widok śpiącej Alice, dziewczyny, która zginęła 400 lat temu, opadła na fotel. Chwilę potem zdziwienie na jej twarzy zamieniło się w gniew.
-Co ona tutaj robi? Nic cię nie nauczyło twoje „życie”?!- Wykrzyczała mu to z lekkim żalem prosto w twarz.
-To nie ja. Znalazła mnie. Ja jej nie stworzyłem, nie prosiłem także nikogo, aby ja stworzył. I nie wydzieraj się na mnie. Nie jestem śmieciem.- Wysyczał, przechodząc obok rozwścieczonej kobiety i zaczął powoli wspinać się po ciemnych, granitowych schodach. Cudownie odznaczał się na nich czerwony dywan ze złotymi wzorami. Był długi i puszysty, przyjemnie się po nim chodziło. Za życia, gdy był jeszcze mały bardzo często przesiadywał na chodach, czasami zasypiał wtulając się w dywan.
Zaniósł ją do siebie, położył na łóżku i usiadł obok.
-Teraz moje życie całkowicie się zmieni, prawda? Twoje raczej też… Ale damy radę…- Mruknął Zawiść opadając na poduszki.- I znów ten przeklęty sufit.”
-Envy, czy ty mnie w ogóle słuchasz?!- Zawiść ujrzał przed sobą rozwścieczoną twarz Nienawiści.
-Przepraszam, zamyśliłem się. Coraz częściej mi się to zdarza. To pewnie ze starości.- Uśmiechnął się szeroko i dostał w twarz od zdenerwowanej dziewczyny. Ale nie przeszkadzało mu to. Lubił jej dotyk. Nawet taki twardy i oschły.
Z każdym dniem uświadamiał sobie, że lubi ją coraz bardziej. Nie przeszkadzało mu to, wręcz przeciwnie. Zaczynał wmawiać sobie, ze coś do niej czuje, coś więcej. Zaczynał przywracać z odległych zakamarków jego pamięci życie, które skończyło się wiele lat temu. Marzył, żeby było tak, jak dawniej. Po chwili jednak budził się z tego snu wzdychając smutno i spoglądając na śpiącą obok dziewczynę. Z ponownych rozmyślań wybudził go ostry, karcący głos Hate.
-Ty mnie znów nie słuchasz! Chciałam ci tylko przekazać, że wyruszam w podróż za Lancą Longinusa dla Dante. Przy okazji poszperam gdzieś w poszukiwaniu Kamienia.- Oznajmiła Alice z ogniem w oczach.
-Chcesz, żeby ci pomóc? A może jesteś wystarczająco samodzielnym dzieckiem, żeby samemu udać się w tą niebezpieczną podróż?- Envy zachichotał złośliwie dając dziewczynie pstryczka w nos.
-Nie jestem dzieckiem! Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?!- Zaczęła się szarpać i szamotać. Zawsze miała problem z wiekiem. „Wszyscy” jej dogryzali, bo była najmłodsza.
-Niech ci już będzie. Może nie jesteś dzieckiem, ale upierdliwą babą.- Zawiść wystawił język i zaczął uciekać przed długimi, wyciągniętymi kończynami górnymi ścigającymi go. Tak, to była jej „nadzwyczajna umiejętność”. Rozciągnięte kończyny i zdolność wytwarzania Czerwonego Kamienia na zawołanie bardzo pomogły Dante w wzmocnieniu swojej „armii”
~.~
Parę dni później wyruszyli w podróż. Oczywiście cały bagaż i walka o przetrwanie, czyli zdobywanie pożywienia spadły na barki Envy’ego. Chłopak był dość szczęśliwy propozycją wyrwania się na jakieś dalsze i dziksze tereny. Cieszyła go również możliwość bycia tylko z Hate.
Nagle pewna myśl przyszła mu do głowy.
-Słuchaj, wiesz może, gdzie jest ta cała Włócznia?- Zapytał. Dante nic im nie wyjaśniła. Szli ślepo w głuche, nieznane miejsca.
-Ja wiem. Nie musisz się o nic martwić. Z resztą, za kilka minut powinniśmy dotrzeć do pewnego domu. Tam przenocujemy.- Odpowiedziała spokojnie przeglądając jakąś książkę. Zawiść podziwiał jej wspaniały zmysł orientacji, a także równowagi. Pomimo zapatrzenia się w kartki papieru szła prosto, doskonale manewrując miedzy drzewami.
-No i jesteśmy.- Odezwała się po dobrych kilku minutach. Stanęli przed małą, opuszczoną chatką. Envy otworzył drzwi i wszedł do środka. Odstawił bagaż, przeciągnął się i mruknął:
-Przynajmniej mamy gdzie spać.
Jego zielone włosy powiewały lekko na wietrze. Stał tuż nad krawędzią klifu i wpatrywał się przymrużonymi oczami w niekończącą się „głęboką pustkę” oceanu. Identyczną jak w jego opuszczonym, ciemnym i wysuszonym sercu. Jego myśli zostały zagłuszone przez ciężkie fale podmywające klif.
To właśnie w tym miejscu zginęła jego ukochana… Wpadła do tej ciemnej wody i najprawdopodobniej została roztrzaskana o ostre skały wyrzeźbione praktycznie pod klifem… To była jego wina. Wiedział to przez cały czas. Aż do śmierci obwiniał się o to. Aż do śmierci… Nigdy po…
Znów czuł się opuszczony. Miał ochotę zniknąć…
-Dlaczego wszyscy mnie zostawili…? Dlaczego muszę to znosić samotnie? To niesprawiedliwe… ON może mieć wszystko. Ja nie mogę mieć nic… Dlaczego, do jasnej cholery, co?! TY tym wszystkim rządzisz, tak?! Co ja takiego zrobiłem, żeś mnie tak ukarał?! Ja nawet nie chciałem żyć! Czemu mnie się obrywa za bezmyślne czyny mojego „ojca”?! Wytłumacz mi to!- Envy krzyczał ze wszystkich sił. Myślał, że jeśli wyzwie Boga, ulży mu. Niestety. To tylko pogorszyło sprawę. Czuł jeszcze większy żal rozrywający mu klatkę piersiową. Może nie samo serce, ale całą klatkę.
Kucnął wśród pokrytej lodowatą rosą trawy, objął kolana zmarzniętymi ramionami i zaczął się delikatnie huśtać. Zachowywał się zupełnie jak małe dziecko, które potrzebuje pomocy i ciepła. Odrobinę troski i zainteresowania… Potrzebował tego… Bardziej niż inni…
Po dobrej chwili rozmyślania usłyszał szmer. Chwilę potem ktoś dotknął jego nagich pleców chłodnymi dłońmi. Odwrócił się błyskawicznie mając nadzieję, że to nie Lust, i gdy przekonał się, że to jednak nie ona, odetchnął z ulgą.
Blada twarz okolona pięknymi, kasztanowymi włosami. Głębokie, błękitne oczy osadzone pod pięknymi, długimi i grubymi rzęsami. Blade usta ułożone w lekki uśmiech. Strumyczek krwi spływający po skroni. Poszarpana, długa balowa suknia w kolorze szafiru. Obdarta skóra, łzy w oczach. Pamiętał ją… Ale jak? Jak ona wróciła?
-Pomóż…- Wyszeptała i zemdlała.
Nie wiedział, przed kim ma ją ratować. Nie wiedział, kim jest. Dopiero po chwili usłyszał nawoływania i ogień w dali. Ogromna grupa ludzi z pochodniami zmierzała w jego kierunku. Ich krzyki całkowicie rozwiały jego myśli. Podniósł delikatnie omdlałe ciało dziewczyny i przerzucił przez ramię, gotów do ucieczki.
W tym momencie ludzie zbliżyli się do klifu.
-Zostaw tę czarownicę!
-To wiedźma!
-Ten, kto jej się dotknie, będzie przeklęty!
Zawiść nie rozumiał o czym te beznadziejne istoty mówią. Przecież wiedźmy nie istnieją. Zwyczaje palenia wiedźm zaginęły kilkaset lat temu. „Jacy ludzie są głupi” pomyślał odkładając ciało dziewczyny ponownie na ziemię.
Podszedł do najbliżej stojącego tężyzny, położył mu dłoń na głowie i jednym, stanowczym ruchem ręki skręcił mu kark. Rozpętało się piekło. Pojedyncze kończyny i narządy, rozprute ciała i wnętrzności leżały wszędzie.
Gdy wszystko ustało, na polu zostały już tylko dwie osoby. On sam i nieznajoma. Podszedł do nieprzytomnego ciała dziewczyny. Zastanawiał się, co z nim zrobić. Lecz nawet przez sekundę nie przyszło mu do głowy, żeby ją zabić. Ta sama szafirowa suknia ze złotymi cekinami i koronkami, ta sama szafirowa spinka do włosów, ten sam wisior z szafirem, ta sama bransoletka z motylami, którą jej osobiście dał.
Dziewczyna uchyliła delikatnie i z wielkim trudem powieki. Jej oczy zaszły łzami, które Envy szybko otarł.
-Kim jesteś?- Spytał z powagą w głosie, ale nie groźnie, żeby nie wystraszyć dziewczyny.
-Alice… Szukam tutaj kogoś… Nazywa się William… Może go znasz?- Alice złapała powietrza i chwyciła dłoń Zawiści. Walczyła z jakimś niesamowitym bólem. Nie tyle fizycznym, co psychicznym. Sama myśl o Williamie sprawiała jej ból, a teraz, gdy wróciła w to miejsce, ból narastał z każdą sekundą.
-Znam go… I to bardzo dobrze... Chociaż można powiedzieć, ze go znałem… Już od ponad trzystu lat z nim nie rozmawiałem…- Zaczął Envy spoglądając znów w to dalekie i ciemne jezioro.
-Widzę, że cos kręcisz. Powiedz mi, gdzie on jest. Naprawdę muszę z nim porozmawiać i go przeprosić…- Alice mówiła coraz szybciej i coraz wyraźniej. Zielonowłosy zdziwił się jej odpowiedzią, ale szybko się opanował.
-No dobra… Możesz mnie nienawidzić, lub nie… Możesz mnie uderzyć, jeśli chcesz… Możesz uciec, jeśli masz na to ochotę… Możesz skoczyć z tego klifu, jeśli masz takie życzenie… Ale proszę, później. Najpierw mnie wysłuchasz.- Zawiść nie czekając, jaka będzie odpowiedź, zmienił się w wysokiego blondyna. Lekko kręcone włosy związane czarną, aksamitną wstążką leżały na zgrabnych, kościstych ramionach. Złote oczy pod ciężkimi powiekami nadal się śmiały. Biała koszula tak, jak przed śmiercią wisiała na nim luźno. Również ujął jej dłoń w swoje, bojąc się, że ze strachu może spaść w czarną toń jeziora.
A ona, jak na zawołanie wykonała takich ruch. Gdyby nie jego refleks. Zlecieliby razem. Ale on delikatnie pociągnął ją w głąb lądu. Dziewczyna jeszcze przez chwilę rzucała się i targała, ale blondyn przytulił ja mocno do siebie. Stali tak długą chwilę wśród porozrywanych ciał i kończyn, a ich włosy falowały na wietrze.
Z oczu dziewczyny popłynęły strumienie łez.
-Uspokój się… Jestem tutaj…- Wyszeptał Envy gładząc ją po włosach. Chwilę potem coś czerwonego błysnęło mu przed oczami. Ouroboros na karku. „No tak… Jak inaczej mogła wrócić…”.
-William… Czemu mi to robisz? Miałam nadzieję, że cię tu nie będzie… Miałam głupią nadzieję, że znajdę sobie kogoś innego… Czemu ciągle mnie ranisz?! William! Odezwij się!- Dziewczyna straciła kontrolę nad sobą. Ból i tęsknota za Williamem osiągnęły swój punkt kulminacyjny.
-On nie żyje. Mam tylko jego wspomnienia, nie jestem nim. Ale jestem taki jak ty. Bez duszy, sam na tym beznadziejnym świecie. Pomogę ci, jeśli przestaniesz się rzucać i uspokoisz się.- Zawiść wrócił do swojej dawnej postaci i próbował uspokoić Alice.
-Nienawidzę cię…- Wysyczała mu do ucha, już całkowicie opanowana.
-Domyślam się… Przecież…. Twoje nowe imię to Nienawiść, zgadłem? Tylko chciałbym wiedzieć jedno. Nienawidzisz mnie za to, że nie jestem Williamem, czy że kiedyś nim byłem? A może za to, że teraz jestem tym, czym jestem?- Zapytał z nutką ironii w głosie. Dziewczyna nie odpowiedziała. Zrobiła naburmuszoną minę i siedziała cicho.
-Widzę, że odpowiedzi się nie doczekam. A teraz chodź. Pewna osoba chciałaby cię poznać.- Wyciągnął dłoń ku dziewczynie, ale ta tylko kurczowo się jej trzymała. Wstać nie mogła.- No dobra, najwyżej cię poniosę.
Wpatrywał się w zgrabne napisy na płycie. Wytarł dokładnie grób i zerwał bluszcz osłaniający jedyną pamiątkę po jego ukochanej. Nie potrafił określić, czy za nią tęsknił. To było bardzo dziwne. Jakby jego ciało rozrywano na dwie połowy.
-Wybacz mi, ale… Lust ma rację. Trzeba zapomnieć o wszystkim. Muszę ułożyć sobie życie od nowa. W końcu… Nawet, gdybyś tu żyła, to i tak nie jestem tym samym Williamem, którego znałaś.- Powiedział cicho tak, jakby czekał, aż nagrobek mu odpowie.
Lecz nic takiego się nie stało.
Jedynie jedno pióro upadło na trawę obok nagrobka. Znak? Możliwe. Lecz on w takie rzeczy nie wierzył. Dla niego nie istniały zjawiska nadprzyrodzone, siły wyższe… Bogowie tym bardziej.
Był lekko zawiedziony, że nagrobek mu nie odpowiedział. Z jednej strony czuł ulgę. Nie chciał jeszcze raz widzieć jej postaci, która z czasem się zacierała. Nie widział już jej tak dokładnie jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Już nie odczuwał potrzeby pomyślenia o niej. Dawniej jeszcze modlił się za nią. Ale to było bardzo dawno. Jeszcze na początku jego nowego życia.
Teraz miał zamiar rozpocząć jakby „trzecie życie”. Coś nowego. Nowe doświadczenia, nowe emocje, przygody… Cierpienia, bóle, męki i katusze… Euforia przy wykańczaniu ofiary stawała się dla niego jakby obca… A przecież tak bardzo to kochał. Chciał zacząć nowe, wspaniałe życie pełne krwi, mordu i nienawiści.
Wstał z klęczek i spojrzał na płytę z pogardą. Od tego momentu miał się zacząć nowy rozdział w jego życiu. Zapomnieć o wszystkim. Tylko to, co będzie ma jakiś sens.
Zamachnął się i kopnął w nagrobek, który potrzaskał się z głośnym hukiem. Szczątki kamienia potoczyły się na wszystkie strony cmentarza. Szary, gryzący pył rozniósł się w powietrzu drapiąc w gardle. Ale jemu to nie przeszkadzało.
~.~
Envy siedział i wpatrywał się w ogień, który delikatnie syczał, gdy dorzucano do niego drewna. Siedział w wygodnym, skórzanym fotelu z lampką wina w dłoni. Za oknem rozpętała się burza, która była odwzorowaniem jego charakteru. Zniszczenie, egzekucja, śmierć, mord, krew, masakra. To wszystko w jednym, słabym organizmie.
Po chwili do pokoju weszła Lust. W jej fioletowych oczach ciepły ogień zamarzał, zamieniał się w najzimniejszy lód.
-Późno wróciłeś, coś się stało?- Zapytała kobieta siadając na drugim fotelu.
-Byłem gdzieś, ale nie muszę ci się spowiadać.- Syknął z ironią i upił łyk rozluźniającego napoju.
„W głębi duszy” Lust uśmiechnęła się. Zawisć powrócił. Już nie trzeba się będzie martwić. Ale z drugiej strony… Wolała, jak był miły.
-Dante wie, gdzie są teraz bracia Elric.- Powiedziała Pożądanie z ciekawością obserwując reakcję chłopca (mężczyzny?).
-No, i co z tego? Ona nie chce ich śmierci. Chce tylko Kamienia. A ja na odwrót. Więc przykro mi, ale jej nie pomogę.- Wzruszył ramionami i opróżnił do końca lampkę. Wiedział, że Dante nie wyrzuci go, ani nie zostawi na pastwę losu. W końcu jest jej „ukochanym synkiem”.
-Envy ja… Cieszę się, że wróciłeś.- Lust uśmiechnęła się blado i spojrzała przez okno. Widziała to, czego inni nie mogli zobaczyć w dalekiej przestrzeni pełnej sekretów i tajemnic.
-Nigdzie nie byłem- Odparł Zawiść. Znów wróciło to uczucie. Ta przygnębiająca pustka. Za tym tęsknił najbardziej.
Nagle przyszło mu coś do głowy.
-Czy Dante powiedziała ci, gdzie jest Chibi-san?
-A bo co? Nie powiedziała mi, ale mogę się dowiedzieć. Jest tylko jeden, drobny szczegół…- Powiedziała chytrze kobieta. Envy spojrzał w jej oczy. Można było powiedzieć, że się śmiały. Nabijały się z niego!
-Chyba nie myślisz o równej wymianie, co?!- Chłopak podniósł głos, ale nadal patrzał w jej oczy. Tym razem ze zdziwieniem, a nie z pogardą. Jego umysł przeszła dziwna wizja. Nie zdążył się jej przyjrzeć, ale najprawdopodobniej było to wyobrażenie zapłaty.
-Przecież to zasada rządząca tym światem.- Lust zbliżyła twarz do twarzy zielonowłosego. Przejechała palcem po jego chudym, bladym policzku.- Jedna noc z tobą, a mam wszystkie informacje.
-Przecież sam sobie mogę zdobyć te informacje!- Chłopak odsunął się gwałtownie. W jego oczach malowało się zdziwienie i przerażenie. Strach przed uczuciem, którego niedawno się wyzbył. Strach przed faktem, że miałby z nią spędzić noc sam na sam. To było dziwne, jakieś… Obce.
-Ona ci ich nie da. Sam jej to powiedziałeś, że ich zabijesz.- Pożądanie powoli zaczęła zbliżać się do bezradnego chłopaka zniżając głos do szeptu. Przytknęła palec do jego ust i uśmiechnęła się znacząco. Envy zaczął się wyrywać, lecz zaprzestał tego, gdy jego głowa została unieruchomiona miedzy długimi ostrzami, jakimi były pazury kobiety, wbitymi w oparcie fotela.
-Więc, jak będzie, Doskonały Duchu? Zgadzasz się?- Lust oblizała wargi i spojrzała na niego ponętnym wzrokiem.
-Nie! To moja matka! Na pewno mi powie! A ciebie, co znów opętało?! Czemu wybrałaś mnie, a nie Pride’a czy Greeda?!- Strach powoli zaczął zanikać, na jego miejscu pojawił się gniew.
-Bo ty jesteś najstarszy i nie zapomniałam jeszcze tamtego momentu.- Pożądanie usiadła wygodnie na kolanach Zawiści. Przejechała pazurem po jego policzku drążąc cienką, ale głęboką rankę.
Strumyczek krwi płynął leniwie po bladym licu chłopaka, robiąc zakręty i tworząc nowe dróżki.
-Zostaw mnie kobieto w spokoju! Nie mam zamiaru udawać, że cię kocham! Nie mam zamiaru się z tobą kochać! Nic z tego!- Chłopak wymknął się bokiem z pokoju. Postanowił się przewietrzyć po tak ciężkim dniu.
Po chwili usłyszał świst i obok swojej głowy zobaczył pazury Lut.
-Zabiję cię.- Syknęła cicho.
-Nie zabijesz.- Envy wzruszył ramionami i ruszył przed siebie/ Po chwili poczuł, jak jego ubranie zostaje rozerwane w kilku miejscach.
-Sprawię, że będziesz cierpiał. Sprawię, że poczujesz ból, jakiego nikt nigdy nie zaznał.- Powiedziała głosem przesiąkniętym jadem.
-Nie mam duszy, nie mam uczuć, nie czuję bólu.- Powiedział Zawiść i ruszył dalej.
Gdy stał w progu domu, jeszcze raz obrócił się. Zobaczył Lust na ziemi, która wylewała łzy. Chłopak odwrócił się szybko i wybiegł z domu.
Envy leżał na łóżku i rozmyślał nad słowami Dante. „Chciałabym, żeby wszystko było tak, jak dawniej.” On też tego chciał. Znów chciał być tym roześmianym lubianym chłopcem. Nie, nie chłopcem. Młodym mężczyzną. Ale czy naprawdę tego chciał? Chciał żyć w samotności? Chciał żyć z faktem, że jego ukochana nie żyje? Jego ukochana Alice…
Alice była w jego wieku. Mieszkała w sąsiedniej wiosce, którą potem sam spalił…
Była piękna. Miała bardzo długie włosy kolory jasny brąz. Szafirowe oczy. I ten uśmiech. Taki delikatny i słodki.
„-William! Co się dzieje? Czemu mnie nie odwiedzasz?- Pytała cudowna dziewczyna biegnąca w stronę chłopaka siedzącego na ławce przed wielkim domem o pięknych, śnieżnobiałych ścianach.
-Alice.. Ja… Nie wiem jak ci to powiedzieć…- Zaczął chłopak ze spuszczoną głową. Jego blond włosy przysłaniały oczy i strach na jego twarzy.
-Mnie możesz powiedzieć. Przecież wiesz, że zrozumiem.- Powiedziała dziewczyna siadając na ławce obok swojego chłopaka.
-Alice… Ja… Jestem śmiertelnie chory… I już nic nie da się zrobić…- Wytłumaczył Will spoglądając pustym wzrokiem na ukochaną, która zerwała się z ławki i pobiegła w stronę wioski.- Alice! Zaczekaj!- William rzucił się na nią, ale chore serce nie pozwoliło mu się poruszyć.- Alice… Tylko nie zrób jakiejś głupoty…- Wyszeptał na koniec i zemdlał”
Taak. To była osoba, na której mu zależało… Która kochał… I która złamała mu serce…
„-Will, chodź tutaj…- Matka załamanym głosem przywołała do siebie syna. Jej bujne, błyszczące loki zmatowiały, stały się szare i bez życia… Jakby umarły…
-Coś się stało?- Zapytał blondyn wchodząc do ciemnej kuchni.
-Tak… Słuchaj… Alice… Nie żyje… Popełniła samobójstwo…- Oczy kobiety napełniły się łzami.
-Co? Ale… Jak to? Przecież… To moja wina… To przeze mnie… Powiedziałem jej o chorobie… To wszystko moja wina!- Will uderzył pięścią w stół i nagle upadł.
-Kochanie! To nie twoja wina. Naprawdę.- Matka przytuliła syna kładąc jego głowę na swoim ramieniu.”
I to był ostatni raz, kiedy poczuł to ciepło bijące od jego kochanej matki. Potem było już tylko gorzej.
-Czemu muszę to pamiętać? Czemu to wszystko wraca?- Mruknął Envy i odwrócił się na bok, przodem do okna. Wielki księżyc spoglądał na niego i wszystko wokół. Miliony gwiazd naśmiewały się z jego nieszczęścia migocząc złowrogo.
-Nie chcę, żeby wszystko było tak jak dawniej! Chcę o tym zapomnieć! O wszystkim!- Zaczął krzyczeć na cały głos tak, aby wszyscy go usłyszeli. W szczególności Dante.
Po chwili usłyszał walenie do drzwi.
-Envy, co się tak wydzierasz?! Odbiło ci?!- Głos Pride’a rozdarł powietrze.
-A co, nie można?! Jestem u siebie w domu! Mogę robić, co mi się żywnie podoba!- Odparł Envy tym samym tonem, co zwykle. Pełnym złości, nienawiści i arogancji.
-To jak jesteś panem tego domu, to spal go!- Krzyknął Pride. Po chwili było słychać ciężkie kroki powoli oddalające się.
Zawiść leżał tak godzinami, aż poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Była to Lust.
-Czego chcesz? Przyszłaś się ponabijać? Proszę bardzo! Śmiej się do woli.- Wysyczał nie odwracając się do kobiety.
-Wiesz, kiedy żyłam, miałam chłopaka. Byłam z nim szczęśliwa. Ale ja zniknęłam. On też. Dlatego nie chcę, żeby wszystko wróciło. Bo on nie wróci. A bez niego to nie to samo.- Pożądanie położyła się obok chłopaka i objęła go w talii.- Chcę zapomnieć tak, jak ty.
-Lust! Co ty wyprawiasz?!- Envy wyrwał się dziewczynie i odsunął się na sam koniec łóżka spoglądając w jej chłodne oczy.
-A więc zapomniałeś o tamtym dniu… No dobrze. Dobranoc.- Wstała z łóżka i ruszyła ku drzwiom.
-Nie zapomniałem, ale chcę jak najszybciej o kimś zapomnieć…- Burknął chłopak odwracając się powrotem przodem do okna.
-Rozumiem. Ja też chcę zapomnieć. Ale nie wolno żyć przeszłością. Envy, to było ponad 400 lat temu. Ułóż sobie życie. Przemyśl to- Wyszła zamykając drzwi.
Chłopak został sam ze swoimi myślami. Gdy Lust wyszła, w pokoju zrobiło się jeszcze smutniej niż zwykle.
Usiadł na łóżku i przymknął oczy. Jakiś głos w jego głowie krzyczał bezlitośnie:
„Niech to się skończy! Nie chcę być samotny! Chcę zapomnieć! Chcę uwierzyć! Chcę być szczęśliwy! Chcę kochać!”
Szczęście… Uczucie, którego nie zaznał od tak dawna… Miłość… Zanikła kilkaset lat temu… Wiara… Robi z ludzi głupków… Samotność… Uczucie wypełniające go praktycznie od zawsze…
-Czas z tym skończyć. Czas przestać żyć przeszłością.- Burknął i wstał.
Gdy zbliżył się do drzwi, usłyszał pośpiesznie oddalające się kroki. Wyszedł i rozejrzał się, ale nikogo już nie było. Wzruszył ramionami i wyszedł z domu. Po dobrej godzinie doszedł do cmentarza. Z łatwością odnalazł gór, na którym zawsze leżały kwiaty. Ale nie ty razem. Przecież to on wymordował tę wioskę… Kto miałby przyjść?
Uklęknął i odgarnął kurz i bluszcz z nagrobka.
-Miło znów cię widzieć, Alice.- Mruknął chłopak lekko się uśmiechając.
„-Ojcze, co robisz?- Wysoki blondyn o złotych oczach wszedł do ciemnego gabinetu. Jego lekko kręcone włosy opadały delikatnie na podłużną, wręcz wychudzoną twarz. Położył kościstą dłoń na oparciu twardego krzesła, na którym również siedział mężczyzna o blond włosach.
-Nadal pracuję nad tym samym. Will… I jak zwykle nic mi nie wychodzi…- Mężczyzna westchnął głęboko i zamknął książkę, którą czytał.- A ty, jak się czujesz?- Zapytał ojciec z troską w głosie odwracając się do syna. Obydwoje byli do siebie bardzo podobni.
-Nie najlepiej. Uciekłem z pokoju, kiedy matka poszła do kuchni. Nie mogłem już wytrzymać tego ciągłego siedzenia w łóżku. I tak pewnie umrę.
~.~
-Mamo…- Blondyn w białej koszuli leżał na łóżku okryty białą pościelą. Kobieta o jasnobrązowych, długich włosach trzymała go za dłoń. Łzy spływały jej po policzkach skapując leniwie na pościel.
-Mamo… Odezwij się… Powiedz coś… Cokolwiek…- Blondyn uśmiechnął się blado zachęcając do rozmowy. Jego głos prawie niesłyszalny dla ucha… Jemu sprawiał ogromny ból. Najcichszy odgłos czy szept był dla niego hukiem.- A ty, tato? Powiedzcie coś… Nie lubię ciszy…
-Will, powinieneś odpoczywać… Nie przemęczaj się…- Powiedział ojciec kładąc swoją dłoń na czole jedynego dziecka.
-Ale… Po co? I tak przecież umrę niebawem…- Mówienie sprawiało mu wielką trudność. Nie miał już sił. Chciał, żeby TO stało się jak najszybciej. Nie chciał już dłużej tak się męczyć.- Kocham was…
Jego cudne, złote oczy zamknęły się raz na zawsze. Jego tak młoda jeszcze dusza odeszła w otchłań ciemności. Jego chore serce stanęło i już nigdy nie miało się poruszyć… Tak jak zegarek, którego nie da się naprawić…
~.~
W wielkim pomieszczeniu unosiły się kłęby gęstego dymu. Okropny zapach wdzierał się w płuca zatruwając je.
Coś, co przypominało człowieka, leżało na środku wielkiego kręgu przemiany. Oddychało ciężko. Niektóre kości wystawały ze skóry, która nie pokrywała wszystkich części ciała. Wokół rozrzuconych wnętrzności tłoczył się szkarłatny płyn. I te fioletowe błyszczące oczodoły.
-Will?- Wysoki mężczyzna w okularach na nosie podszedł do tego, co zostało z jego jedynego syna. Podał potworowi jakieś czerwone, błyszczące kamienie. Stwór zjadł je, a kości powróciły na swoje miejsce. Po kolejnej porcji oddech uspokoił się. Po trzeciej porcji potwór nabrał jeszcze bardziej przypominający ludzki kształt. Mężczyzna podał w końcu cały woreczek chłopakowi, który rzucił się na kamienie. Gdy zjadł już wszystko, wstał i otrzepał się. To nie był ten sam Will. Chłopak, który stał na środku sali wyglądał wręcz odrażająco. Ubrany na czarno. Oczy koloru fioletu. Zgniłozielone włosy otaczały jego twarz, na której malował się złośliwy uśmiech.
-Ojczulku! Dawno się nie widzieliśmy, prawda?- Złośliwy uśmiech przerodził się w grymas złości.- Czemu to zrobiłeś?! Pytam się: po co?! Czy ty nie rozumiesz?! Człowieka wskrzesić nie można!
~.~
Envy obudził się zlany potem. Najgorsze wspomnienia z jego życia. Wszystko to zdarzyło się w ciągu jednej, krótkiej nocy.
-Na szczęście to tylko sen.- Mruknął i nagle poczuł jak spada z łóżka. Wstał z podłogi rozcierając sobie kark. Rozejrzał się po pokoju. Słońce już wstawało. Jasne promienie pomiędzy drzewami wyglądały niczym złoto.
Wyszedł z pokoju i zszedł na dół. W kuchni przy stole siedziała już Dante.
-Co tak wcześnie, Envy?- Spytała kobieta popijając herbatę.
-Nie ważne.- Mruknął i usiadł przy stole obok kobiety. Dante przyglądała mu się z zaciekawieniem. Po chwili położyła mu dłoń na ramieniu. Envy odruchowo odwrócił głowę.
-Znów to przeżyłeś, prawda? Znowu ten koszmar?- Zapytała łagodnie. Tak, jak dawniej. To był ten samo spokój.
-Ta… No, ale już nie ważne… Gdzie reszta?- Spytał chłopak wstając po kubek wody. Po chwili usiadł, a Dante odpowiedziała:
-Załatwiłam, że zostaliśmy dzisiaj sami. Dzisiaj jest ważny dzień… Chyba pamiętasz?- Kobieta wstała i podeszła do okna. Zawsze tak robiła.
-Tak, pamiętam… Co roku tego miesiąca zaczynały kwitnąć konwalie…- Envy również wstał i podszedł do okna. Stanął tuż obok matki. Zauważył, że w ogrodzie pojawiły się pierwsze małe, białe kwiatki.
-Powiedz, dlaczego ja wszystko pamiętam? Każdy szczegół z mojego życia? Inni mają tylko przebłyski wspomnień. Czy to jest sprawiedliwe?!- Krzyknął Zawiść uderzając pięściami o blat.
-Nie martw się. Greed ma te same problemy. Powodem tego jest wasz wiek. Lust za kilkadziesiąt lat też sobie przypomni.- Powiedziała Dante. Na blacie w kuchni stało zdjęcie, na które cały czas spoglądała. Była tam tylko jedna postać. Roześmiany blondyn o długich, lekko kręconych włosach i pięknych, dużych, złotych oczach. Wyglądał może na osiemnaście, może na dwadzieścia lat.- To zdjęcie zrobiono kilka miesięcy przed śmiercią… Nie byłeś jeszcze tak wychudzony…
-Powiedz, czemu tu są same pamiątki po mnie? Czemu nie ma zdjęć Greeda?
-Bo ja go kochałam. Z żadnym innym nie było mi tak dobrze, jak z nim. Można powiedzieć, że ty byłeś moim jedynym dzieckiem, a on jedynym mężem. Ale on zakochał się w innej. I ją też zostawił… Życie nie jest sprawiedliwe..- Kobieta na chwile przymknęła oczy.
Envy spojrzał ze zdziwieniem na swoją matkę. Czyli ona tęskniła za mężem? I za synem? Ta, która nigdy nie współczuła? Zaskoczyły go jej słowa:
-Chciałabym, żeby było tak, jak dawniej.- Spojrzała tęsknie przez okno.
-No to, co, Wrath, wracamy?- Spytał Envy.
-Tak. Na pewno wszyscy się już denerwują.- Odparł młodszy.
Ruszyli powrotem. Przez całą drogę panowała ponura atmosfera. Pomimo pięknej pogody, mocnego słońca i rozćwierkanych ptaków Zawiść nie mógł się pogodzić z faktem, jakim była śmierć braci.
Doszli do domu. Wszędzie było cicho. Tak jakby dom był pusty. Doszli do salonu. Po cichu otworzyli drzwi i weszli. W cieniu pod ścianą stał Pride. Przy dużym, rzeźbionym kominku stała smukła postać Pożądania. Przy oknie czekała na nich Dante.
Piękna, nieskazitelnie czysta cera. Fiołkowe oczy błyszczały groźnie. Usta nie wykrzywiały się ani w uśmiechu, ani w grymasie. Były tylko cienką, prawie niewidoczną linią.
To nie było prawdziwe ciało Dante. Porzuciła je dawno temu. Dzięki temu była nieśmiertelna. Za pomocą Kamienia przenosiła się z jednego ciała do drugiego.
-Gdzie byliście?- Zapytała. W jej głosie nie było słychać ani troski, ani gniewu. Był pusty, cichy i delikatny.
-A co cię to obchodzi? Nie musimy się spowiadać.- Odparł Envy. Nie lubił rozmawiać z tą kobietą. Zawsze miała do niego pretensje.
-Nadal jestem twoją matką, Will. Zmieniłeś się.- Wypowiadała te słowa dodając do nich odrobinę jadu i ironii.
-Tak! Zmieniłem się! Dzięki twojemu mężowi! Podziękuj mu za to ode mnie! Bo to wszystko jego wina!- Zaczął krzyczeć Envy. Kopnął najbliższy stolik rozwalając go przy tym. Wazon z kwiatami, który na nim stał, roztrzaskał się uderzając o parkiet. Jeden z odłamków rozciął Zawiści policzko.
-Envy, uspokój się.- Lust podeszła do chłopaka i objęła ramieniem. Zawiść dyszał ciężko. Nie mógł zrozumieć. Nie mógł zrozumieć, że nikt Jego nie rozumie. Sam nie wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi i co o tym myśleć. Nienawidził tego świata. Ale z drugiej strony…
Kropla krwi kapnęła na ziemię. Powoli, leniwie zsunęła się z bladego policzka chłopaka zostawiając za sobą długi, czerwony ślad. Jak w zwolnionym tempie zaczęła spadać. Nagle zapadła cisza, a gdy kropla spadła, rozległ się huk. Przynajmniej dla Envy’ego. On to wszystko widział. Inni nawet nie zwrócili uwagi.
-Envy, myślałem, że jesteś bardziej dojrzały- Skwitował Bradley cmokając cicho.
-Nie jesteś tutaj od myślenia. I jestem starszy od ciebie, więc się nie odzywaj.- Envy zdjął dłoń Lust ze swojego ramienia. Wrath spojrzał na niego z podziwem.
Zawiść ruszył ku wielkim drzwiom. Błysło błękitne światło i drzwi już były zamknięte.
-Envy, dam ci jeszcze jedną szansę. Pomożesz nam złapać Edwarda Elrica, a wybaczę ci dzisiejsze zachowanie.- Głos Dante złagodniał.
-Elrica? Syna tego bezmózgowca?- Zapytał Envy. Gniew wzbierał w nim z każdą chwilą. Ale coś podpowiadało mu, żeby cieszył się z tego. Ma szansę, żeby się zemścić. Ma szansę zniszczyć to wspomnienie.- Zgoda.
-Dobre dziecko. Jak wspaniale, że nadal słuchasz mamusi.- Kobieta uśmiechnęła się ironicznie. Oboje z Wrathem ruszyli w stronę kuchni. Gdy weszli, czekała ich miła niespodzianka. Na stole stał gotowy obiad. Envy uśmiechnął się krzywo i mruknął:
-Nie jestem już twoim grzecznym synkiem. William już dawno odszedł. Teraz jestem ja, Envy. Jestem tu tylko po to, żeby się zemścić. Nie chcę już być człowiekiem. Ludzie są głupi. My przynajmniej możemy żyć wiecznie. A teraz idę coś zjeść. Od rana nic nie jadłem, a trochę się z Wrathem namęczyliśmy.- Złowieszczy uśmiech wpełznął na jego twarz.- Idziesz ze mną, młodszy bracie?
-Jasne!- Odkrzyknął Gniew i razem ruszyli w stronę drzwi.
-Dante, czy mogłabyś…- Zaczął Zawiść, ale nie dokończył. Znów rozbłysło światło, a drzwi były otwarte. -Dzięki.
Oboje z Wrathem ruszyli w stronę ku
-Nie podlizuj się, Dante.
Zjedli w ciszy. Nikt nie odezwał się ani słowem.
Gdy skończyli, postanowili rozgrzać się trochę na dworze.
Trening trwał dobre trzy godziny. Wtedy wrócili do domu zmęczeni i brudni, ale „szczęśliwi”.
Gdy się obudził, był w swoim pokoju. Słońce wpadało przez brudne okna oświetlając twarz chłopaka. Spojrzał na zegarek. Było za piętnaście dziewiąta. Poszedł do kuchni, gdzie nie zastał nikogo.
Kuchnia była ogromna jak wszystkie pomieszczenia w tym domu. Na środku stał ogromny stół otoczony ośmioma krzesłami. Usiadł na jednym z nich. Głodny nie był. Pić też mu się nie chciało. Można powiedzieć, że „odruchem warunkowym” było zejście do tego pomieszczenia. Zawsze, gdy wstawał, schodził do kuchni, ale najczęściej była pełna. Wszyscy siedzieli w ciszy i w milczeniu spożywali posiłek.
Tym razem tak nie było. Nie był pewny, czy wszyscy jeszcze śpią, czy może gdzieś wyszli. Postanowił się tym nie interesować i wyszedł na dwór. Oślepił go blask promieni słonecznych, które ogrzewały każdy zakamarek ogrodu wokół domu. Przeszedł się kawałek, aż zobaczył Gniew siedzący na parapecie okna. Zawiść podszedł do niego niepewnie. Oparł się o ścianę obok okna. Spojrzał z ukosa na „brata”. Na jego szyi widniały czerwony pasy.
-Wrath, ja… Sorry za wczoraj. To było takie dziwne. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje.- Envy wypowiedział te słowa z trudem, przy czym spuścił wzrok. To było takie naiwne. Wręcz śmieszne. Wrath był pierwszą osobą, jaką szczerze przeprosił.
Gniew na chwilę zamarł, zeskoczył z parapetu i stanął naprzeciwko zielonowłosego. Po chwili uderzył go w ramię. Dla Zawiści był to znak, że chłopak mu wybaczył.
-A więc, „starszy bracie”, gonisz!- Krzyknął Gniew i zwinnie zaczął uciekać. Envy pobiegł za nim. Dość szybko zbiegli z pagórka.
W oddali Envy zobaczył coś na drodze. Przestał się gonić. Pobiegł w kierunku czarnej kropki na błotnistym tle. Gdy był oddalony o zaledwie kilkanaście metrów, okazało się, że są to dwa ciała. Doznał kolejnego, nowego uczucia. Serce zaczęło mu się tłuc w klatce piersiowej. Podszedł bliżej. Byli to dwaj chłopcy. Jeden o włosach koloru ciemny-brąz. Był on wyższy od drugiego o włosach czarnych jak pióra kruka.
To niemożliwe… Czemu on ich tak zostawił? Dlaczego?
Położył dłoń na czole Sama. Było zimne jak lód. On i jego brat byli bladzi i przemoknięci. Ale było coś, co nie pasowało do śmierci z przemarznięcia. Wokół chłopców powstała kałuża krwi. A oni zaś wyglądali, jakby ktoś lub coś rozsadziło ich od środka. Tylko jedna osoba „zwraca dusze Bogu”… Scar… Ale czemu zabił niewinne dzieci?
Z rozmyślań wyrwał go głos Gniewu.
-Envy! Czemu się nie bawisz? Coś się stało?
Zawiść nie zareagował. Ujął dłonie braci w swoje.
-Boże… Istniejesz czy nie… Dbaj o te młode dusze. Nie pozwól, by stało im się cos złego. Wystarczająco dużo krzywdy zaznali. Weź ich pod swoją opiekę.
Przepraszam was. Teraz tylko to mogę dla was zrobić.- Wyszeptał Envy, puścił dłonie chłopców i wstał z klęczek. Po chwili dodał:
-Wrath, zanieśmy te ciała do ich domu. Nie mogą tu tak zostać.
-To ci chłopcy, co wczoraj u nas byli?- Spytał Gniew podchodząc bliżej.
-Tak. Zamordowani przez Człowieka z Blizną. Ale mówi się trudno.- Zamienił się w wysokiego blondyna, tak bardzo podobnego do… Tego debila! Do tego zdrajcy!- Zabieramy ich stąd.
Skąd wiesz, gdzie mieszkają?- Spytał Wrath.
-Powiedzieli mi, że jest tutaj jeszcze tylko jeden dom, oprócz naszego. Tam właśnie mieszkali.- Wziął starszego chłopaka na ręce i ruszył przed siebie. Gniew wziął drugiego i ruszył za „bratem”. Szli w ciszy kierując się w stronę gór.
Envy nie miał odwagi spojrzeć w oczy martwego Michel’a. Poczucie winy wypełniało go po brzegi. Tak bardzo chciałby zobaczyć jeszcze raz te roześmiane buzie i radosne oczy chłopców. Tak bardzo chciałby jeszcze raz usłyszeć szczery śmiech braci.
Po jakiś piętnastu minutach drogi zobaczyli mały, drewniany dom. Zawiść przyśpieszył kroku. Chciał jak najszybciej oddać ciała chłopców ich ojcu.
Gdy podeszli bliżej, okazało się, że drzwi są wyważone. Envy wiedział, co ujrzy wchodząc do domu. Na środku pomieszczenia leżał mężczyzna o czarnych włosach. Otaczała go kałuża krwi.
-Envy, co teraz?- Spytał Wrath.
Zawiść podszedł do komody. Stała tam fotografia. Mężczyzna, który leżał na środku pokoju, kobieta o brązowych włosach, Sam i Michel. Wziął fotografię w dłoń. Na odwrocie było napisane:
„Najważniejsza rzecz- rodzina. Na zawsze: Sam, Michel, Itan i Jem.”
-Urządzimy pogrzeb.- Postanowił Envy. Wziął dwa ciała i wyniósł za dom. Był tam już jeden grób. Najprawdopodobniej Jem. O dom oparta była łopata. Po chwili doszedł Wrath ciągnąc za sobą Sama. Envy zabrał się za kopanie. Wykopał trzy głębokie doły, wrzucił ciała i zakopał.
-No, to by było na tyle.- Mruknął Zawiść i zamienił się znów w zielonowłosego chłopaka.
-Gdzie byłeś?- Pytała Lust. W jej oczach oprócz naturalnego złośliwego błysku można było dostrzec troskę.
-Hm… Na dworze. Jest taka okropna pogoda, że aż warto się przejść.- Odpowiedział Envy. Wycisnął włosy. Pomimo tego był cały mokry. Rozbłysło żółtawe światło i stał tak, jak przed godziną.
-Co z tymi dzieciakami?- Ponowiła swój atak Pożądanie.
-Najprawdopodobniej już w domu.- Gdy przechodził koło niej, położyła mu dłoń na ramieniu.- O co…
-Envy…- Po raz pierwszy odkąd ją znał, zwróciła się do niego w tak łagodny sposób. Zawsze nim pomiatała i nawet to lubił.
-Co się stało?- Spytał Envy odwracając się do piękności. Kobieta z płaczem upadła w jego ramiona.- Lust! Co ty wyprawiasz?!- Krzyknął Zawiść i już chciał ją puścić, gdy coś (instynkt?) pokierowało nim. Przytulił ją i pogłaskał po włosach.- Co się stało?- Powtórzył pytanie, tym razem o wiele ciszej i spokojniej. Dziewczyna nadal nie odpowiadała, tylko tuliła się w niego mocząc mu na nowo ubranie. W takiej sytuacji Envy zawsze zabijał lub naśmiewał się. Ale teraz nie mógł. Poczuł, jakby ten odwieczny lód w jego sercu stopniał. Czyżby to możliwe? Czy Homunkulusy mają uczucia? Marzenia? Wspomnienia? Nagle poczuł ciężar na swych barkach. Lust, zmęczona łkaniem, zasnęła. Nogi ugięły się pod nią i gdyby nie Zawiść, upadłaby. Wziął ja na ręce i powoli ruszył w stronę pokoju piękności. Oddychała cicho, co jakiś czas łkając przez sen. Tak naprawdę nie rozumiał tego wszystkiego. Jak to się stało? Jak to możliwe, że on coś czuje? A ona? Czyżby ona go…? Od razu wyrzucił tę myśl Se swojego umysłu. Po cichu, aby jej nie obudzić Pożądania, Envy wszedł do jej pokoju. Był tak samo pusty jak pokój Zawiści. Położył ją na łóżku, przykrył jakimś potarganym kocem i już miał wyjść, gdy…:
-Envy… Zrozumiałam, że na świecie nie ma dla nas miejsca. Zrozumiałam, że możemy spróbować żyć jak ludzie. Żyć na nowo. A gdy będziemy chcieli już umrzeć, możemy to zrobić… Tyle tylko, że nie jesteśmy niezależni. Dla nas nie istnieje coś takiego, jak wolna wola, prawda? Jesteśmy zmuszani do tego, czego nie chcemy robić. A ona chce tylko być nieśmiertelna. Czy to sprawiedliwe? Czemu my musimy tak żyć?
-Żyjemy, żeby osiągnąć cel. A jeśli chodzi o niezależność… Jeśli chcesz odejść, to nie zatrzymuję.- Stanął w drzwiach.
-Więc tobie na niczym nie zależy?- Spytała z wyrzutem.
-Ja nie mam uczuć. Przynajmniej tak mi się wydaje.- Wyszedł z pokoju. Nie wiedział, co ma zrobić. W jednej chwili coś czuł, w następnej pustka w sercu. Jak to możliwe? Czemu takie wahania? Co się z nim dzieje?! Przecież jest Homunkulusem!
-Zawiść! Zaczekaj!- Lust wybiegła za chłopakiem.
-ile razy mam vi powta…- Zaczął, ale ona nie dopuściła go już do słowa. Ich usta złączyły się w namiętnym pocałunku.
-Ładnie to tak?- Zakpił Wrath, który pojawił się za dziewczyną i chłopakiem.
-Odczep się, mały. Nie pasuje coś? To spadaj!- Krzyknął Zawiść. Gniew oparł się o ścianę i zaczął się śmiać. Envy oderwał się od Pożądania i złapał Gniew za krtań. Zacisnął mocno palce. Jeszcze nigdy nic nie sprawiało mu takiej przyjemności. Zaczął się śmiać jak wariat. Wiedział, że i tak go nie zabije. Ale to była najwspanialsza rzecz na świecie.
Nagle zobaczył jakieś dziwne obrazy przed oczami. Czyżby to… Jego wspomnienia? Po chwili oczy zaszły mu mgłą. Poczuł jak upada i uderza głową o ziemię. Poczuł też, jak drugie ciało upada na niego bezwładnie. Jakaś delikatna dłoń chwyciła go za jego dłoń. Znów to samo uczucie. Jakby lód w jego sercu stopniał. Zachciało mu się płakać. Ale to nie było do niego podobne. Nagle przypomniało mu się, że kiedyś czuł to samo. Tuż przed śmiercią… Skąd to się wzięło? Skąd te wspomnienia?
Poczuł jak czyjaś silna ręka odbija się od jego twarzy. Stracił przytomność.
-Kto to, do cholery?- Mruknął Envy, zepchnął Gniew z kolan i podszedł do drzwi. Te głosy należały do dzieci. Śmiały się, żartowały. Envy otworzył drzwi, za którymi stała dwójka chłopców.
-Ładnie to tak podsłuchiwać?- Spytał Envy i uśmiechnął się ironicznie.- Nie uciekniecie. I tak zablokujemy wam drogę.
-S-skąd wiedziałeś, że chcemy uciec?- Zapytał lekko roztrzęsionym głosem jeden z chłopców.
-Bo to odruch warunkowy ludzi. Ludzie to tchórze. W każdej sytuacji uciekają. Uciekają nawet od rzeczywistości… Lust! Gluttony!- Zawołał Zawiść, podszedł do chłopców i wprowadził ich do pokoju. –Przedstawiam wam…- Zachęcił chłopaków kiwnięciem głowy.
-Michel- Odpowiedział jeden i spuścił wzrok.
-A ja Sam- Drugi chłopiec zrobił to samo.
-Jesteście braćmi?- Spytał Zawiść. Czuł jakieś dziwne, nieznane mu uczucie do tych chłopców. Jakby… Sympatię? Nie. To niemożliwe. Ale…
-Envy! Envy! Mogę go zjeść?- Gluttony złapał chłopca za rękę i zaczął szarpać. Zawiść chwilę rozmyślał nad tymi słowami. Spojrzał na chłopców. Jednemu z nich łzy stanęły w oczach. Drugi, jakby starszy, stał odważnie szykując się do odparcia ataku.
-Nie! Gluttony, nie możesz. Musisz przejść na dietę.- Otoczył chłopaków ramionami.- Chodźcie ze mną, bo Obżarstwo rzuci się jeszcze na mnie.- Zachichotał złowieszczo.
Wyprowadził chłopców z salonu. Szli ciemnym korytarzem. Na ścianach po obydwu tronach wisiały obrazy. Nikt nie widział, co na nich jest. Było zbyt ciemno.
Kroki trójki odbijały się głucho od ścian.
-Czemu nic nie mówicie? Nie bójcie się. Tutaj nic wam nie zrobią. Gdzie mieszkacie?- Zawiść jeszcze nigdy nie rozmawiał z nikim tak spokojnie.
-Kawałek drogi stąd. Strasznie nudno w tych stronach. Nikt tu nie mieszka. Widzieliśmy jak codziennie wieczorem światło zapala się w salonie. Postanowiliśmy się trochę rozerwać.- Wyjaśnił starszy, Michel.
-To zupełnie jak ja. Tyle tylko, że mnie nie wolno się nigdzie wyrwać. Muszę siedzieć tutaj i słuchać się…- Nie wiedział, jak ma ją określić. Z jednej strony nienawidził ją. Z drugiej strony… Ją kochał?- Mojej matki.
-Ty przynajmniej masz matkę. My mamy tylko ojca, który nas nienawidzi.- Odparł Sam.
-Ech, to przykre. Ja mam matkę, do której nic nie czuję i ojca, którego nienawidzę. Czyli można powiedzieć, że jesteśmy tacy sami. Proszę- Gestem zaprosił chłopców do jednego z pokoi.
-To twój pokój? Ale super!- Krzyknął Sam na widok łóżka w nieładzie, centymetrowej warstwy kurzu we wszystkich zakamarkach i koloru czarnego, który był po prostu wszędzie. W pokoju paliła się tylko jedna świeczka.
-Co wam się podoba w tym bałaganie?- Zapytał ze szczerą ciekawością Envy. Nikt nigdy mu jeszcze nie powiedział, że ma coś fajnego.
-No wiesz, my nie mamy prawdziwego domu.- Zaczął Michel.
Envy, odkąd dowiedział się o ojcu chłopców, postanowił coś dla nich zrobić. Czuł się tak, jakby był za nich odpowiedzialny.
-A może… Przez jakiś czas zamieszkacie u mnie?- Spytał niepewnie Zawiść. Wiedział, że będzie tego żałować. Najprawdopodobniej do końca życie będzie tym, kim jest. Czyli można powiedzieć- w nieskończoność.
-Nie. Nie możemy. Ojciec by nas zabił. Powiedział Michel.- Ale jak chcesz, możemy cię odwiedzać.
Envy zachichotał.
-Nie jestem chory, żebyście musieli mnie odwiedzać. A teraz chodźcie. Odprowadzę was do domu.
Wyszli z pokoju. Po chwili byli już na dworze.
Kruczoczarne niebo, co jakiś czas rozświetlały błyskawice. Grzmoty zagłuszyły krzyk Sama, który upadł na ziemię zakrywając głowę. Michel kucnął obok brata i przytulił go do siebie. Envy spojrzał na niego z pogardą. W domu czuł się przy nich inaczej. Tutaj byli dla niego obcy. Dlaczego? Odwrócił się i powoli zaczął kroczyć powrotem ku domowi.
-Idziesz już?- Krzyknął Michel. Envy ledwo go dosłyszał przez ulewę. Uśmiechnął się ironicznie, przystanął i odwrócił się.
-A co mam robić? Patrzeć jak mażecie się w błocie? To zabawne.- Ruszył w stronę domu.
-Envy! Odbiło ci?!- Krzyknął Michel, ale Zawiść już to nie obchodziło. W jego umyśle kołatało się wiele myśli. Zastanawiał się nad tym, co czuł do tych ludzi. Instynkt? Co to ma znaczyć?! Skąd to wszystko?!
Gdy przestał rozmyślać, okazało się, że doszedł do domu. W drzwiach czekała na niego Lust.
Samotna postać kroczyła szybko ku wielkiemu domu na wzgórzu. Jej cień przypominał potwora, który bezszelestnie zbliża się do swej ofiary. Włosy kolory zgniłej, brudnej zieleni powiewały lekko na wietrze. Oczy przymknięte. Znał tę drogę na pamięć. Zbyt często tędy chodził. Westchnął głęboko i spojrzał na dom. Był ogromny, ale tylko jedno światło oświetlało jedno pomieszczenie. Salon. Przyśpieszył kroku, aby nie zwolnić przy wspinaczce. Nie mógł się spóźnić. To było do niego niepodobne.
Nie było ścieżki, która prowadziłaby do tego domu. Za każdym razem trzeba było się wspinać. Jemu akurat nie sprawiało to trudności. Był najsprawniejszy z „nich wszystkich”.
Gdy dotarł na sam szczyt, zapukał do ogromnych drzwi, które tak bardzo przypominały mu Bramę… Zapukał, a drzwi same się otworzyły.
Przeszedł przez ciemny, ogromny korytarz i wszedł do salonu. W fotelu przy stole siedziała piękna, młoda kobieta o długich, kręconych, czarnych włosach. W jednej dłoni trzymała kieliszek z przezroczystym płynem. Drugą trzymała delikatnie na oparciu fotela.
Po drugiej stronie stołu również stał fotel, a na stole kieliszek do połowy wypełniony cieczą. Chłopak (mężczyzna) usiadł w pustym fotelu, który jakby czekał na niego, wziął kieliszek i przytknął do ust. Napój lekko rozgrzał mu gardło i spłynął do żołądka. Przez Zawiść przeszedł lekki, przyjemny dreszczyk. Założył nogę na nogę i spojrzał na dziewczynę (kobietę).
-Jak zwykle. Nigdy się nie spóźniasz.- Powiedziała cicho Pożądanie. Pomimo tego jej głos odbił się echem po salonie.
-Gdzie reszta?- Spytał Envy tak, jakby nie dosłyszał pochwały Lust.
-Powinni zaraz przyjść…- Spojrzała na zegar stojący przy kominku, który wskazywał godzinę za pięć dwunastą. Kominek to było jedyne oświetlenie w tym pokoju. Jego ciepły blask oświetlał całe pomieszczenie.
-A gdzie Dante?- Spytał znów Zawiść. Jego chłodny, ironiczny głos przeciął powietrze i zabębnił o szyby.
-Nie przyjdzie. – Odpowiedziała spokojnie Lust i podeszła do okna. Deszcz zaczął bębnić o parapet. Długie strużki wody zamazały księżyc przebijający się przez gęste chmury.
-Jak zwykle. Ma ważniejsze sprawy.- Szepnął sam do siebie chłopak. Miał pretensję do tej kobiety. I to z wielu powodów. Nawet po śmierci nie dała mu spokoju.
Do pokoju weszła wysoka dziewczyna (kobieta) o długich do ramion włosach koloru ciemny brąz. Za nią wszedł chłopiec o długich, czarnych włosach opadających mu na jedno oko.
-Gdzie jest Pride?- Spytała na powitanie Lust.
-Najprawdopodobniej nie przyjdzie. Jest zbyt zajęty.- Odpowiedziała spokojnie Lenistwo.
-Znów jakieś zamieszki? Mogliście mnie tam wysłać- Oznajmił Envy i znów łyknął odrobinę płynu.
-Żebyś wszystkich zabił?- Spytał Wrath i usiadł u Zawiści na kolanach.
-Tak. Nudzi mi się. Tutaj jest zbyt spokojnie.- Chłopak ziewnął i położył dłoń na ramieniu Gniewu.
-Wyglądacie jak bracia.- Oznajmiła Lust lekko się uśmiechając. Ten uśmiech wcale nie przypominał normalnego uśmiechu. Bardziej przypominał grymas.
-Charakter też mają podobny. – Powiedziała Sloth. Envy uśmiechnął się krzywo. Nie przeszkadzało mu to, że ktoś go porównuje. Lubił być samotny, ale… Tęsknił? za przyjaciółmi.
-Gluttony na „polowaniu”?- Spytał Wrath.
Lust znów się uśmiechnęła i odpowiedziała:
-Wątpię, czy coś tu znajdzie. To takie odludzie…
Po chwili do pomieszczenia wszedł „dość duży” chłopak (mężczyzna? Ktoś?). Twarz miał umazaną krwią. Tak samo ręce i ubranie.
-Co „upolowałeś”?- Spytał Envy patrząc z lekkim obrzydzeniem na Obżarstwo.
-Zwierzątko…- Skwitował „olbrzym”
Zawiść miał ochotę się roześmiać. Śmiać się do woli. Ale nie przyszło mu to z łatwością. Nigdy nie śmiał się szczerze. Zawsze był to wymuszony lub ironiczny śmiech.
Jego rozmyślanie przerwały głosy dochodzące zza drzwi salonu.